Wycieczki na koncert grupy MARILYN MANSON powinny być wpisane w grafik zajęć na wydziałach reżyserii jako przykład świetnie stworzonego spektaklu. Nie ma co się czarować - MANSON "na żywo" to show pełną gębą.
Kolejną grupą, która w ramach szkoleń zawodowych powinna uczestniczyć w koncertach zespołu są wszelkiej maści przywódcy, którzy mogliby potraktować je jako lekcję poglądową o tym jak zjednać sobie tłum i zapanować nad nim. Publiczność w czasie występu po prostu je MARILYNOWI z ręki (gwoli ścisłości pije, ale o tym później). Pan MM jest na scenie artystycznym kaznodzieją, a jego fani to wierni wyznawcy głoszonych przezeń idei, postaw, wartości, a przede wszystkim muzyki. W zamian za uwielbienie dostają potężną porcję rockowo-kabaretowej rozrywki.
Znów trzeba zacząć od tego, że jak to zawsze Polsce wszystko zaczęło się z dużym opóźnieniem. Szkoda nawet pisać, choć łudzę się, że takie napiętnowanie coś zmieni i dane mi będzie uczestniczyć w koncercie, który zacznie się punktualnie. Kilka minut po 20.00 na scenie pojawiło pięciu młodzieńców, ubranych w białe stroje. Wyglądali trochę tak jakby uciekli z zakładu dla obłąkanych. Chłopcy nazywali się WRINKLED FRED, o czym skrupulatnie przypominali zgromadzonym. Rozpoczęli delikatnie od słów ze standardu 'Stand By Me', by w chwilę później przejść do niemiłosiernego łomotu, który towarzyszył im do końca. Panowie wykonali łącznie pięć kawałków, w tym niezły 'Get Wiser' oraz przeróbkę hitu MADONNY 'La Isla Bonita'. Wersja WRINKLED FRED niestety nie jest niczym odkrywczym, ot potraktowanie popowej piosenki w sposób metalowy z drobną modyfikacją tekstu na rzecz mniejszości seksualnych. Było krótko i bezboleśnie. Publiczność trochę się rozgrzała (a o to przecież chodziło) niestety wysiłek chłopaków został brutalnie zniweczony. WRINKLED FRED zeszli ze sceny o 20.35. Ich sprzęt został zwinięty w tempie wręcz ekspresowym. Sami muzycy pomagali technicznym, by uwinąć się jak najszybciej. Po niespełna 5 minutach nie było już śladu po polskim supporcie, ale też nie było śladu MANSONA. Strojenie i inne niezbędne przygotowania trwały godzinę(!!!), w czasie której (po raz kolejny), można było wysłuchać płynących z głośników dźwięków albumu 'Mutter' grupy RAMMSTEIN. Jednak w końcu przerodził się w klasyczny, symfoniczny utwór, ten z kolei w 'Thaeter', czyli intro z 'The Golden Age Of Grotesque' i zaczęło się przedstawienie.
Marilyn Manson Poznań Arena
Na widowni... zapaliły się światła! Na scenie pojawił się ON i pierwsze takty 'This Is The New Shit', na co spragniony tłum odpowiedział entuzjastycznym wrzaskiem. Wrażenie było piorunujące! Oświetlona masa ludzi krzyczała 'Do We Get It? - NO! Do We Want It - YES!' podczas, gdy MANSON dyrygował wszystkim z góry. Ubrany w czarny uniform, z zaczesanymi na lewą stronę włosami (długości ucha) Herr Doktor znajdował się wysoko nad tłumem stojąc na podwójnym, rozdzielonym schodami, podeście. Podest, perkusja oraz wiszące z tyłu transparenty ozdobione były charakterystycznym logo MM z ostatniej płyty. Jeśli ktoś widział film 'The Wall' ALANA PARKERA i pamięta scenę, w której PINK przemawiał do ludu może sobie wyobrazić jak wyglądał kontakt MARILYNA z publicznością. Można też mieć nieco bardziej odległe w czasie, acz bliższe geograficznie skojarzenia. W każdym razie co poniektórym włos mógłby się zjeżyć.
'This Is The New Shit', podobnie jak inne kawałki z 'The Golden Age Of Grotesque' rozebrane nieco z elektronicznych ozdobników nabrały na koncercie niesłychanej mocy. Dalej usłyszeliśmy 'Dispossible Teens', tym razem na podestach znaleźli się dwaj muzycy walący w ustawione przed nimi kotły. Obaj ucharakteryzowani jak pozostała część zespołu - blond włosy, czarne wdzianka. Z całą swą siłą wybrzmiało 'Irresponsible Hate Anthem' i 'Use Your Fist And Not Your Mouth'. Kolejny utwór 'Great Big White World', z cudnym gitarowym intro, wzbudził ogromny aplauz publiczności. Po tej piosence nastąpił króciutki monolog BRIANA WARNERA - "I love all of you, but I'll fuck only few". Naturalnie, tłum był zachwycony. Ponownie skierowano światła na widownię i padło hasło "Let me hear you say 'rock'". "ROCK!" zagrzmiało w odzewie. "ROCK!ROCK!ROCK! ROCK!" i kilka tysięcy pięści skierowanych w stronę mistrza. Znów przypomniał się obraz PARKERA, albo ... . Po tak zaintonowanym tekście mógł nastąpić tylko jeden utwór - 'Rock Is Dead'. W zaistniałych okolicznościach słowa te zabrzmiały wyjątkowo przewrotnie, a kabaret dopiero miał się zacząć.
Marilyn Manson Poznań Arena
MARILYN w meloniku, na podeście dwie niewiasty w mundurach u góry i pończochowych "burdelówkach" na dole oraz gigantyczny neon 'mOBSCENE' ... i wszystko było jasne. Dziewczęta, wymachując nogami i wyginając się na wszelkie możliwe strony, starały się jak mogły wypaść jak najlepiej, jednak z powodu kiepskiej synchronizacji do 'Moulin Rouge' raczej by się nie załapały. Na 'Tainded Love', które usłyszeliśmy chwilę później gospodarz częstował swoich gości (naturalnie tych w pierwszych rzędach) szampanem. Prawdziwym zaskoczeniem był kolejny utwór - 'Para-Noir'. Scena spowiła się granatowym światłem i wdreptały na nią dwie siostry syjamskie. Kobiety licytowały się listą powodów dla których chciałyby (delikatnie sprawę ujmując) przespać się z MANSONEM, który w tym samym czasie, przykryty czymś na wzór długiej sukni, dość wymownie nabierał wzrostu unoszony na podnośniku. Sztucznie przedłużane członki pozostały na 'The Dope Show', kiedy to na głowy publiczności poleciało czerwone konfetti, a MM wymachiwał arcydługimi rękoma śpiewając do przymocowanego przy głowie mikrofonu. Dodatkowo MANSON wplótł w tekst słowo POLAND, przez co mogliśmy usłyszeliśmy "The drugs, they say, are made here in Poland". Naturalnie, tłum znów był wniebowzięty. Szybki powrót do najnowszej płyty. '(s)AINT', a dalej, 'The Golden Age Of Grotesque' z wykorzystaniem kontrabasu, klawesynu i saksofonu. Klawesyn obsługiwały dwie panie z wydatnymi biustami i szpetnym makijażem na połowie twarzy, z kolei na saksofonie swych sił (ze średnim rezultatem) próbował sam WARNER. Na 'Doll-Dagga Buz-Buzz Zigety-Zag' dziewczęta ponownie prezentowały swe uwodzicielskie talenty podrygując na podeście, trochę nie do rytmu, ale znaleźliby się tacy, którym się podobało. W końcu nastąpił wyczekiwany przez wielu moment - 'Sweet Dreams'. Niski głos MARILYNA wręcz przeszywa na tym utworze, po którym nastąpił koniec części zasadniczej. Zgasły światła a na scenie pozostał tylko POGO wywijający na umieszczonym na sprężynie syntezatorze. Kurtuazyjne brawa i ostatnia odsłona kabaretowego show. Tym razem MANSON, ucharakteryzowany na Myszkę Mickey wjechał na scenie na olbrzymiej białej ambonie i powtórzył sztuczkę z "ROCK"! Tym razem publiczność skandowała "FIGHT! FIGHT! FIGHT!" i znów piąstki w górę. Jeszcze tylko 'The Beautiful People' i półtoragodzinny spektakl dobiegł końca.
Nie ma co ukrywać MANSON to perfekcjonista. Wszystko jest dopracowane i świetnie wyreżyserowane, a każdy gest zdaje się być częścią misternego planu. Do tego wszystkiego dochodzi świetna muzyka. Choć niewiele różniąca się od studyjnych oryginałów zaskakująca siłą i czystością wykonania. Jeśli ktoś spodziewał się bluźnierczych, szokujących scen mógł się rozczarować. MANSON w nowym wcieleniu jest znacznie bardziej subtelny w dwuznacznościach i podtekstach, którymi z lubością żongluje. Naturalnie dla tych, do których pop-kulturalna filozofia MM w ogóle nie przemawia najprawdopodobniej nawet po koncercie nie przekonaliby się do twórczości Herr Doktora, niemniej reszta będzie głosić 'mOBSCENE (...) it's better than the sex scene'.
Autor recenzji - wp.pl

