Na ten koncert oczekiwałem z wielką niecierpliwością, ale też i z wielką niepewnością. Do końca nie było wiadomo, czy w ogóle się odbędzie, ponieważ niektórzy ludzie i organizacje robiły wszystko, aby nie wpuścić do naszego katolickiego kraju tego "pomiotu szatana". Całe szczęście nic z tych zapędów nie wyszło i chyba największe wydarzenie muzyczne AD 2001 w Polsce doszło do skutku. Tydzień przed koncertem, przeczytałem świetną autobiografię Mansona "Trudna droga z piekła", co tylko zaostrzyło mój apetyt na to, by zobaczyć Wielebnego. Pod Torwarem, gdzie miał odbyć się koncert byłem już ok. godziny 17:00. Ludzi nie było jeszcze wtedy zbyt wiele. Wcześniej dowiedziałem się, że mimo doskonałej kampanii medialnej i ogromnego zainteresowania tym wydarzeniem, na koncercie nie będzie kompletu publiczności. Z tego prostego względu, że sprzedaż biletów została wstrzymana przy 4000, mimo, że hala Torwaru może pomieścić ponad 6000 widzów, (kto jednak chciał mógł kupić wejściówkę u "koników" za "jedyne" 150 zł.) Sprzedaż wstrzymano podobno ze względów bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że policji przed halą i w jej okolicach było tego dnia szczególnie dużo. Niektórzy fani mówili, że siły bezpieczeństwa były większe niż podczas koncertu Metallici na stadionie Gwardii w lecie zeszłego roku, gdzie przyszło blisko 30000 ludzi. Jak się później okazało w środku Torwaru było podobnie jak na zewnątrz.
Na teren hali wszedłem o 19:00. Zanim oddałem kurtkę do szatni, była już 20:00. Okazało się, że wstęp na płytę jest ograniczony. To miejsce budynku wypełnione było zaledwie w połowie, gdyż wstrzymano wpuszczanie ludzi. Mimo tego, kto chciał mógł zmylić czujność ochrony i przeskoczyć przez dość niską barierkę oddzielającą trybuny od płyty. Perspektywa oglądania koncertu siedząc na krzesełku niezbyt mi odpowiadała, więc zmuszony byłem do skorzystania z "nielegalnego" sposobu dostania się na parkiet. Zresztą podobnych do mnie było wielu. Krótki rzut okiem na trybuny pozwolił mi stwierdzić, że nie ma więcej niż 4000 osób. Na sam występ Marilyn Manson ta liczba uległa jednak zwiększeniu.
Rola rozgrzewacza na całej europejskiej trasie "Guns, God and Goverment Tour 2001" przypadła zespołowi Disturbed z Chicago. Grupa nie jest dobrze znana w naszym kraju (ich debiutancka płyta "The Sickness" wyszła dopiero teraz w Polsce), ale ma wszystkie atrybuty, żeby ten stan się zmienił. Ich melodyjny nu metal, tak popularny ostatnio, na pewno znajdzie wielu miłośników. Disturbed zaczęło swój set bardzo efektownie, od przedstawienia, podczas którego wokalista został "uśmiercony" na krześle elektrycznym. Jak na suport zagrali dość długo, bo blisko 50 min. W repertuarze znalazły się prawie wszystkie utwory z debiutanckiego krążka (nie zagrali jedynie "Want" i "Meaning of Life"). Zaczęli od "Down With The Sickness". Publiczność od razu złapała kontakt z zespołem i przez cały ich występ bawiła się bardzo dobrze. Można, więc powiedzieć, że grupa powinna być zadowolona z przyjęcia polskich fanów (był nawet transparent z napisem "Disturbed"). Największy aplauz wzbudziło wykonanie najbardziej znanych piosenek zespołu - "Shout 2000" (coveru Tears For Fears) i singlowych "Voices" i kończącego set "Stupify". Osobiście występ Disturbed oceniam bardzo pozytywnie, choć mimo wszystko sądzę, że bardziej pasowaliby jako suport act przed zespołem takim jak np. Korn niż Marilyn Manson. Teraz pozostało oczekiwać już tylko na główną gwiazdę wieczoru - zespół wielebnego Mansona.
Po 30 min. od zakończenia show "Niespokojnych" scenę zasłoniła biała kurtyna. To był znak, że do rozpoczęcia najbardziej oczekiwanego i nagłośnionego koncertu w roku 2001 pozostały minuty. Około godziny 22:00 zgasły światła i tylko jeden reflektor za kurtyną rzucał białą poświatę a z głośników zaczęły płynąć dźwięki kończącego "Holy Wood" "Count To Six And Die". Po chwili dało się zauważyć wyłaniającą się z mroku postać przypominającą anioła. Był to sam Mr. Manson z przyprawionymi skrzydłami. Zaczęło się! Kurtyna poszła w górę. Ujrzeliśmy pięć postaci, głównych bohaterów tego show.
Manson pośrodku ubrany w szeroki czarny pas i podarte rajtuzy, w makijażu. Ramirez po lewej ubrany w czarne, skórzane wdzianko. Fish zasłonięty perkusją. John z prawej ubrany w czarną, skórzaną sutannę. Jednak najbardziej widoczny był i najefektowniej prezentował się Pogo. Stojący na podeście, z keyboardem utrzymującym się na ogromnej sprężynie. Ubrany w czarny płaszcz, z białym makijażem na twarzy i z irokezem na głowie. Na początek uderzenie bez litości - "Irresponsible Hate Anthem" zagrane z iście hardcore'ową wściekłością. Torwar ożył. Rozpoczął się szalony moshing. Każdy, kto w tym momencie stał spokojnie, zmuszony był do zaangażowania się w skakanie albo został wepchnięty w środek "młyna". Wyglądało to naprawdę efektownie. Podczas grania "Irresponsible Hate Anthem" Marilyn pozbył się skrzydeł, które cokolwiek krępowały mu ruchy. Następnie usłyszeliśmy dwa utwory z nowego albumu - "The Death Song" i pierwszy przebój MM w roku 2000, "Disposable Teens". Refren "yeah, yeah, yeah!!" śpiewała większa część Torwaru. Potem cofnęliśmy się do roku 1998 i czasów "Mechanical Animals", z której to płyty usłyszeliśmy "The Great, Big, White World". I znowu powrót do "Holy Wood" - "The Fight Song", który to utwór obecnie promowany jest w TV przez niezły teledysk. "The Fight Song", które według mnie bardzo przypomina "Song 2" Blur, fantastycznie rozbujało widownię. Ten kawałek należy do moich ulubionych.
Po ostatnich dźwiękach "The Fight Song" nastąpiła krótka przerwa. Zgasły światła, a kiedy rozbłysły na nowo naszym oczom ukazał się widok znany choćby z kasety video - "Dead to the World" tzn. Manson w hełmie i na szczudłach, podpierający się długimi kulami. Czas na "Tourniquet". Niestety utwór wykonany został praktycznie w wersji instrumentalnej, ponieważ Marilynowi zepsuł się podłączony do kasku mikrofon. Starał się śpiewać, ale zupełnie nie był słyszany. Sytuację uratowała warszawska publiczność, która wyśpiewała prawie cały tekst w zastępstwie "niemego" wokalisty. Po "Tourniquet" znów na chwilę zgasły światła, po czym gdy zapaliły się na nowo zobaczyliśmy Mansona już bez szczudeł. "The Nobodies" i entuzjastycznie przyjęty przez słabnącą z każdym utworem widownię "Rock Is Dead". Od tego momentu dało się zauważyć wyraźne zmęczenie fanów. Chyba trochę zabrakło kondycji i od tej pory publiczność ożywiła się tak naprawdę trzy razy, podczas "The Burning Flag", "Sweet Dreams" i "The Beautiful People".
Przyszła kolej na coś z pierwszej płyty Marilyn Manson - "Portrait of an American Family". "My Monkey" (moja ulubiona piosenka z "PoaAF"), które w połowie trwania przemieniło się w "Lunchbox". Były to jedyne utwory z tego albumu. Podczas "Lunchbox" Manson rozpoczął zabawę z widownią. Refren śpiewała raz jedna, raz druga strona Torwaru. Tym sposobem numer ten wydłużył się do prawie 10 min. W międzyczasie Wielebny postanowił trochę się powspinać na rusztowania z boku sceny. "Dope Show" był następną piosenką, którą usłyszeliśmy. Manson w czasie jej wykonywania wyszedł na scenę ubrany w futro. Na "Cruci-fiction in Space" Marilyn został wyniesiony pod sam dach hali za pomocą podnośnika w kształcie wielkiej, czarnej sukni. Takie urządzenie możemy zobaczyć na początku teledysku do "Disposable Teens". Równocześnie na suficie mogliśmy podziwiać różne dziwaczne i przerażające cienie rzucane przez sylwetkę wokalisty. Wyglądało to naprawdę niesamowicie. Przy "The Burning Flag", industrialnym łomocie a la Ministry, pośrodku sali utworzyło się całkiem dużej wielkości pogo, które znikło podczas następnego w kolejności "In The Shadow Of The Valley Of Death".
Tym razem Manson zaprezentował się nam ubrany w kowbojski kapelusz. W międzyczasie zmieniła się tylna dekoracja sceny. Dotychczasowe płótno z biało - czarnymi komórkami, zasłoniła wielka, nadpalona, amerykańska flaga. Na kolejny industrialny wykop nikt nie miał już siły, więc "Astonished Panorama of The Endtimes" została przyjęta dość chłodno. Jak się później okazało od końca dzieliły nas tylko dwa utwory - dwa największe hity Marilyn Manson, "Sweet Dreams" i kończące zasadniczą część koncertu "The Beautiful People". Publiczność poderwała się ten ostatni raz do zabawy, więc końcówka show nie wypadła tak blado, jak środkowa jego faza. Nawet nie zorientowałem się, kiedy zespół zniknął ze sceny przy zgaszonych reflektorach. Wszystko stało się tak szybko. Pięciominutowe bisy wywołały bandę Mansona na "deski" z powrotem. Jako bis usłyszeliśmy piosenkę Patti Smith - "Rock n' Roll Nigger". I to był już ostatni motyw tego długo oczekiwanego koncertu.
Manson nawet nie pożegnał się z warszawską widownią. Myślę, że nie był do końca zadowolony z tego show. Zespół zniknął za kulisami, rozbłysły światła, a z głośników popłynęły dźwięki "Suicide Is Painless". Piosenka znana chyba przede wszystkim dzięki serialowi "MASH" w wykonaniu Marilyn Manson, puszczona została już niestety tylko z taśmy. Fani zaczęli się rozchodzić. To był już koniec. Podsumowując. Koncert nie był tak wielkim show, jakiego oczekiwałem. Był świetnie zagranym rock n' rollowym rzemiosłem. Zabrakło tu przede wszystkim tego artystycznego zaangażowania, poczucia, że uczestniczy się w czymś wielkim, niesamowitym, jednorazowym. Czyli tego wszystkiego, co towarzyszyło koncertowi Nine Inch Nails, który widziałem dwa lata temu w Berlinie. Reznor bez używania szokujących, czy prowokujących środków potrafi stworzyć znacznie lepszą atmosferę niż Manson. Na pewno temu koncertowi towarzyszyło zbyt wielkie oczekiwanie. Bezpodstawne okazały się zarzuty niektórych kół, że występ ten będzie jednym, wielkim satanistycznym misterium, że będą dziać się dantejskie sceny. Nic takiego nie miało miejsca.
Manson ani nie wyrywał kartek z Biblii, ani nie mordował zwierząt na scenie, ani nawet nie wygłaszał antychrześcijańskich przemówień. Niektórzy, zbyt dosłownie traktują jego osobę, a przecież to tylko show biznes. Możliwe, że jego prawnicy przestrzegli go przed zbytnim "wczuwaniu" się w rolę i Marilyn zrezygnował z tych czynności specjalnie na warszawski koncert. Aczkolwiek śmiem wątpić. Cała ta wroga propaganda została rozpętana zupełnie bezpodstawnie. Zdecydowanie bardziej kontrowersyjny i szokujący byłby np. występ Rammstein. A przypomnę, że ów zespół bez żadnych przeszkód grał w Polsce trzy lata temu. Skoncentrujmy się na muzycznej kwestii koncertu Marilyn Manson w Warszawie. Gdy usłyszałem, że koncert odbędzie się na Torwarze nie ucieszyłem się zbytnio. Dlatego, że pamiętny słabiutkiego brzmienia Rage Against The Machine podczas koncertu w 1994 r., obawiałem się, że to samo spotka MM. Całe szczęście tak nie było, choć Disturbed nie było nagłośnione rewelacyjnie. Ale to już taki niewdzięczny los "rozgrzewaczy". Torwar nie był wypełniony w całości. Jeżeli hala mieści 6-7 tys. osób to na koncercie było około 4,5 - 5 tys. O tej liczbie widzów zdecydowały chyba władze Warszawy, bo nie wierzę, że tak rozpropagowane show nie cieszyło się wystarczającym zainteresowaniem. Zabrakło mi wykonania "The Love Song", której refren przecież był równocześnie nazwą całej trasy koncertowej, "The Reflecting God" i "Lamb Of God". Według mnie za mało też było utworów z "Antichrist Superstar". Trzy utwory to zdecydowanie za mało. Koncert był też za krótki. Trwał tylko 1,10 h. Ale widać dziś taka jest moda. Oprawa świetlna była bardzo dobra, ale nie aż tak, jakiej można było się spodziewać po zapowiedziach. Koncert był dobry, ale zabrakło mu tego, co pozwoliłoby nazwać go wybitnym.
Autor recenzji: Antipop dla holy-wood.prv.pl

