Jednak przyjechali i zagrali dla polskiej publiczności. Przez blisko dwa tygodnie trwały spory czy koncert organizować czy też nie. Pisząc te słowa, godzinę po wyjściu z hali Torwaru, uważam, że gdyby koncert został odwołany, ominęłoby nas niezwykłe wydarzenie artystyczne. A jak to wszystko wyglądało ? Na Torwar przyszło 5 tysięcy fanów Marilyn Manson. Jak można było łatwo przewidzieć, publiczność, która zapełniła halę Torwaru w 2/3, zachowywała się spokojnie i nie doszło do ani jednego poważniejszego incydentu.

Ok. 20.30 na scenę wkroczyła nowojorska grupa Disturbed. Jej występ nie był co prawda porywający, choć mieszanina klimatów: Korn i Life Of Agony mogła się podobać. Mnie osobiście przypadła do gustu porywająca przeróbka "Shout" Tears For Fears. Publiczność potrafiła docenić wysiłki zespołu i po 40 minutach ciepło pożegnała support. Przerwa przewidziana na zmianę sprzętu miała trwać 15 minut, tymczasem minęło 15, 20 minut, pół godziny, a z głośników leniwie sączyła się muzyka Rolling Stones. W końcu dokładnie o 22.03 zgasły reflektory, a za zakrywającym scenę białym całunem, zaczęły pulsować zielone światła. Buchnęły opary suchego lodu, a z głośników rozległy się ponure, gotyckie dźwięki intro.

Publiczność wydała ogłuszający ryk zadowolenia, biała kurtyna opadła i...zaczęło się ! W centrum znajdował się półnagi Mistrz, po jego lewej stronie ulokował się gitarzysta - John 5, po prawej stronie Mansona królował basista - Twiggy Ramirez, a z tyłu na dwóch podestach znajdowali się: perkusista - Ginger Fish i klawiszowiec M.W.Gacy. Zaczęli od niezwykle ostrego "Irresponsible Hate Anthem". Manson i jego koledzy po prostu byli naładowani energią. Mistrz szalał na scenie, podobnie Ramirez i John 5. Klawiszowiec walił dłońmi w swój instrument, który umieszczony był na ogromnej sprężynie, co powodowało, że klawiatura bujała się na wszystkie strony. Nie powiem, wyglądało to komicznie. Było bardzo głośno choć selektywnie. Poza drobnymi wyjątkami, słychać było wszystkie instrumenty i co najważniejsze, wokal Mansona.

A ten zdobył publiczność od pierwszego utworu i co najważniejsze, nie musiał używać "przeklętych sztuczek" czy innych zakazanych atrybutów. Fani naśladowali każdy jego gest, śpiewali razem z nim. Przed trzecim w kolejności "The Fight Song", Manson praktycznie jedyny raz przemówił dłużej do publiczności, kończąc tyradę okrzykiem: "Fight !!", natychmiast kilkukrotnie powtórzonym przez publiczność. Marilyn zaskoczył wszystkich kilkoma wprost niesamowitymi pomysłami choreograficznymi.

Marilyn Manson Warszawa Torwar

W "Tourniquet", niemal całkowicie instrumentalnym, wkroczył na scenę na szczudłach, podpierając się kulami. Zespół grał, a on spacerował sobie po scenie ! Niesamowite wrażenie na publiczności oraz na mnie zrobiły dwa utwory: "Lunchbox" oraz "Cruci-fiction In Space". Pierwszy z nich został wydłużony do blisko 10 minut, a Mistrz dyrygował publicznością. Podszedł do jednego końca sceny, zaśpiewał z fanami: "I wanna grow up...", następnie przeszedł na drugą stronę i uczynił to samo z widzami znajdującymi się w jego pobliżu. Pokazał środkowy palec środkowi sali, co wzbudziło aplauz. Wszystko to z towarzyszeniem miarowo pracującej perkusji i zgrzytliwych klawiszy. W końcu wrzasnął, nastąpiło wejście pozostałych instrumentów i po chwili utwór dobiegł końca. Natomiast druga z wymienionych piosenek po prostu mną wstrząsnęła. Manson stał przez cały utwór na szczudłach wysokości ok. 6-7 metrów i podświetlony od dołu przez dwa reflektory jęczał do mikrofonu tekst utworu. Grozę potęgowało miarowe kiwanie się Mistrza w przód. Robiło to niesamowite i wstrząsające wrażenie.

Jeśli chodzi o repertuar, grupa skupiła się na promocji najnowszego albumu, z którego poza już wspomnianym "The Fight Song" i "Cruci-fiction In Space", usłyszeliśmy także min: porywającą wersję "Disposable Teens", transowe "The Death Song", "The Nobodies", "A Place In The Dirt", ponure "In The Shadow Of The Valley Of Death" oraz rozrywające na kawałki "Burning Flag". Między nowościami mogliśmy wysłuchać Mansonowej klasyki: "Lunchbox", "The Great Big White World", "Dope Show", jak zwykle porywający do tańca "Rock Is Dead". Na koniec grupa zostawiła dwa najbardziej łakome kąski...Chodzi oczywiście o "Beautiful People" i wprost histerycznie przyjęte "Sweet Dreams". Ten utwór został odśpiewany chóralnie przez 5 tysięcy ludzi a Manson właściwie ograniczał się tylko do dośpiewywania poszczególnych wersów. Na tym zakończyła się właściwa część koncertu. Po kilku minutach błagalnych nawoływań, grupa powróciła na scenę i odegrała jeden miażdżący i szybki bis. Na koniec dostaliśmy prawdziwą orgię świateł i kakofonię gitar. I to był koniec. Po 80 minutach porywającego występu...

Reasumując: Manson jest wspaniałym showmanem, potrafi zapanować nad publicznością i w czasie tego koncertu nie dał ani jednego powodu, aby ktokolwiek mógł się na niego poskarżyć. Śmiem twierdzić, że był wprost uprzedzająco grzeczny. Poza tym facet świetnie śpiewa. Reszta zespołu - doskonała. Grali równo, bezbłędnie i widać było, że koncert sprawia im przyjemność. Nagłośnienie bardzo dobre, momentami rewelacyjne, a publiczność - genialna: wszyscy, starzy i młodzi tańczyli i śpiewali. Naprawdę, to chyba będzie koncert ro-ku.

Autor recenzji - www.cgm.pl - Grzegorz Szklarek