Jaki koncert dał Manson w Stodole?
Porządny, mocny koncert. Widowisko, które bardziej prezentowało dotychczasowy dorobek kapeli, niż faktycznie promowało najnowszą płytę „The high end of low”. Tak można podsumować występ Marilyna Mansona w warszawskiej Stodole.
To był trzeci koncert tej kapeli w Polsce. Tym razem obyło się bez protestów, zarzutów o znieważenie moralności. Zupełna cisza medialna na temat planowanego występu. Warszawiacy, pytani o występ Mansona w Polsce 17 listopada, wyrażali zdziwienie. Ale mimo to bilety zostały szybko wyprzedane. Stodoła wypełniła się całkowicie fanami - i tymi młodszymi, i tymi starszymi. A propos fanów, w tym miejscu należy im się szczególne podziękowanie za kulturę bycia. Żadnych pijanych, agresywnych młodych ludzi. Żadnych kłótni, przepychanek. Po prostu pełna kultura.

Pierwsze brzmienia koncertu. Scena zanikła pod powłoką gęstego dymu. Przestrzeń przecinały czerwone promienie laserów przytwierdzonych do rękawic Mansona. Muzycy zaczęli grać „Cruci-Fiction in Space”. Jest to kawałek pochodzący z mrocznej płyty „Holy Wood”. Potem następny z tej samej, energetyzujący, agresywny „Disposable Teens”. Światła celowo oślepiały widzów - by uzyskać lepszy efekt doznania.

Większość utworów, jakie zagrała kapela, pochodzi z najlepszych bodajże albumów: „Antichrist Superstar” i „Mechanical Animals”. Manson zaprezentował także nieco zapomniany „Rock 'n' Roll Nigger”. Do tego - swoisty upominek dla polskich fanów - „Sweet Dreams”, który zaśpiewał wspólnie z nimi. Był też „Dried up, Tied and Dead to the World” - utwór, który w swojej autobiografii „Trudna droga z piekła” określa jako „najbardziej autoironiczny kawałek, jaki nagrał”. W Stodole tenże brzmiał bardzo wyraźnie, mroczno, dusząco. Na swój sposób niepokojąco.

Oprócz wspomnianego „Sweet Dreams” zespół zagrał inną balladę: „Coma White”, która z końcem piosenki przybrała brzmienia innej, bliźniaczej: „Coma Black”. Publiczność śpiewała z nim, a scena raz po raz rozbłyskała to czerwonymi, to niebieskimi, to pomarańczowymi światłami.

„Irresponsible Hate Anthem” to utwór agresywny, wręcz obrazoburczy. Gdy Manson wykonuje go w USA, to zawsze używa flagi amerykańskiej, którą w odpowiednim momencie posługuje się jak papierem toaletowym lub po prostu podpala. Wydaje się, że jest to niezbędne dla ekspresji scenicznej, zwłaszcza, gdy utwór jest krytyczny wobec społeczeństwa amerykańskiego. W Stodole z kolei okrył się flagą polską, którą jednak po chwili rzucił w widownię.

„Jestem tak amerykański, że sprzedałbym ci swoje samobójstwo” - śpiewał. To nie jedyny „polski akcent” podczas koncertu. Fragment piosenki „The Dope Show” zmienił na: „The drugs, they say, are made in fucking Poland (...)” (zamiast: in California). Co więcej? Gdy rozległy się pierwsze brzmienia „Pretty as a Swastika”, fani unieśli białe kartki z czarnym nadrukiem przedstawiające dolarówki w kształcie swastyki. Jedną taką kartkę artysta otrzymał od fanów znajdujących się najbliżej sceny.

Manson kokietował nieco publiczność. To było puszczenie oka w kierunku Polski, gdy mówił, że Warszawa jest najlepszym miejscem z dotychczasowych, gdzie promuje swoją najnowszą płytę. I, że jesteśmy lepsi niż seks analny.

Obyło się bez kontrowersji, bez wymyślnego show. Czy jednak podanie wokaliście maski tlenowej było zamierzone? Wydaje się, że nie. W Stodole było rzeczywiście gorąco, duszno. Jako bis kapela zaprezentowała „If I Was Your Vampire”. Jako drugi bis - „The Beatiful People”. Utwór wydany zresztą w wersji singla. Popisowy. Na scenę zaczęło spadać konfetti. Po chwili z armatek ulokowanych na scenie wystrzeliły serpentyny, które zupełnie zabieliły widownię.

Zespół dał koncert przyzwoity, mocny, energetyzujący. Dobra muzyka rockowa na żywo. Wręcz „akademicki” występ rock'n'rollowy. Fascynacje kabałą, numerologią, „Biblią” (z czasów płyty „Holy Wood”) prawdopodobnie będzie miało jakieś znaczenie dla przyszłych koncertów w Polsce. Trójka jest przecież liczbą symboliczną. A właśnie trzeci raz kapela gościła w naszym kraju. Może wspomniana liczba coś oznacza? To się okaże.

Pewne jest, że Manson nie jest już taki sam jak w latach dziewięćdziesiątych, gdy jego koncerty były oprotestowywane. Gdy skandal, kontrowersja stanowiły główną pożywkę dla jego twórczości. Koncert w Stodole udowodnił, że muzyk jest w dobrej formie. Że wciąż umie poruszyć audytorium.
No, może tylko gdyby nie te czterdzieści lat na karku. I brzuszek, który umiejętnie chowa za czarnym strojem.

wiadomosci24.pl