Prolog: Wczoraj.

„No cóż, nie dzisiaj to jutro.” Z taką myślą po raz kolejny wychodziłem z mojego ulubionego sklepiku płytowego w Opolaninie. Spuszczona głowa, ciężki, rytmiczny krok. Radość przesłuchania obu wersji singla już dawno przyblakła wobec bólu i tęsknoty za nowym albumem. Październik – miesiąc, który nawet bez specjalnego powodu potrafi zabić wszelką radość. Już nie jesień, ale jeszcze nie zima. Błoto, deszcz ze śniegiem i wiatr tak zimny, że nawet po fajki czy kolejną flaszkę nie chce się wyjść do sklepu pod akademikiem. A człowiek idzie. Zawija się w szalik, po raz kolejny zapomina czapki(przejaśnia się chyba…taaaa) i idzie na ziąb, na deszcz, na śnieg – najważniejsze, że wróci z nowiuteńką, śliczną, pachnącą i błyszczącą kopią „Holy Wood”, płyty spędzającej mu sen z powiek od wakacji. Oczywiście tego dnia wróciłem do „domu” wściekły, rozgoryczony i przemoknięty do suchej nitki. Może jutro…tak! Jutro już na pewno będzie.

Część pierwsza: Dziś.

Do boju. Kałuże. Błoto pośniegowe, zgodnie z ostrzeżeniami pani od pogody, radośnie pochłania moje stopy, pochlipując przy tym, jakby pastwiąc się nade mną i czyniąc każdy krok jeszcze bardziej irytującym i niedokładnym. Gleba. Pięknie. Cała dupa mokra, lewa nogawka w błocie, w butach chyba stado żab. Gdybym szedł do szkoły, skończyłoby się pewnie na powrocie do domu i flaszce. Ale nie – ja idę po Nią. Docieram do sklepu, uśmiecham się z daleka do całkiem sympatycznego sprzedawcy i…i widzę, jak ze smutkiem kiwa głową. Tłumaczy, jeszcze raz przeprasza, wie, ze obiecał, on też czeka, ale niestety dostawca się nie wyrobił. Na pocieszenie wręcza mi duży, papierowy rulon. Plakat promocyjny. Cóż, dobre i to. Rozwijam i obojętnym okiem patrzę na okładkę, którą znam na pamięć, zdjęcie Mańka, na którym każdy detal znam już jak własny pokój. Rozwijam do końca i już chcę podziękować sprzedawcy gdy…..aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!

Biegnę jak powalony przed siebie. Mam kartę telefoniczną? Tak, na pewno, jeszcze dużo impulsów. Oh fuck! Oh yeah! Jak wspaniale żyć w tym pięknym kraju, w którym Marilyn Manson gra koncert 13 lutego! Jak wspaniale, że z Opola jest pociąg bezpośrednio do Wawki i to trzy razy dziennie! Słońce przebiło się przez deszcz i śnieg. Dalej, pada, ale to już jakaś żałosna parodia tego, co było przed chwilą. Słońce świeci, zdecydowanie. Nawet mogę odczuć jak rozgrzewa moją skórę, moje serce, walące teraz jak oszalałe. Budka telefoniczna. Obdzwaniam chyba wszystkich, których znam. Nawet fanów hip-hopu , ważne, żeby wiedzieli, jak się czuję. Wspaniale. To lepsze niż narkotyk, alkohol i seks razem wzięte. To cudowne. Maniek! Marilyn Manson w Polsce. O kurwa! W Polsce!

Ciekawe, co na to Ojciec Rydzyk…buehehehehe!

Część druga: Wszystko co było przed i doprowadziło moich bliskich do tzw. szewskiej pasji plus zmiana czasu.

Kolejne 3 miesiące upłynęły pod znakiem koncertu. Marilyn Manson i jego trasa koncertowa obecni byli w każdym momencie mojej egzystencji. Kolejne wieści o występach za granicą sprawiały, że sen stawał się odległym wspomnieniem. Żyłem tym koncertem, ten koncert był całym mną i vice versa. Znajomi nie chcieli ze mną pić, bo pomiędzy jedną flaszką a drugą zaczynałem mówić już tylko o koncercie. Stwierdzenie „Skończ już pierdolić o tym Mensonie” słyszałem częściej niż swoje imię. Rodzice zastanawiali się, czy nie wysłać mnie na terapię. Zdawali sobie sprawę z tego, jaki błąd popełnili, finansując mi bilet…

…to było jakieś trzy dni po tym, jak dowiedziałem się o koncercie. Wszedłem, nie, wkroczyłem do mieszkania i oznajmiłem, że jadę na koncert. Koncert, który mi obiecali po ich skandaliczym(jak sami przyznali potem) zakazie mojego wyjazdu na Metallicę w 1999 roku. Mój tatuś, legalista w każdym calu, z miną sprawiedliwego zgodził się od razu i zapytał o jakiego artystę, chodzi, „bo chyba nie o tego twojego Mensona??!!”…

No cóż, słowo się rzekło, więc byłem posiadaczem ślicznego bileciku, który do dziś mam, razem z plakatem zdartym na Polach Mokotowskich, nieopodal kawiarni Marilyn. Zakończyłem semestr w rytm Marilyn Manson, zdałem egzaminy, ucząc się wcześniej przy muzyce Marilyn Manson. „Holy Wood” znałem lepiej, niż swój PESEL, a wizje każdej piosenki w wydaniu live już dawno stworzył w mojej głowie obraz całego koncertu. Tu przychodzi odpowiedni moment, na zacytowanie hasła promocyjnego jednego z moich ulubionych filmów z okresu dzieciństwa, czyli Mortal Kombat.

Część trzecia: Jutro, czyli „Nic, co widziałeś do tej pory, nie przygotowało cię na to, co zobaczysz.”

Przenikliwy pisk budzika o trzeciej nad ranem zrywa mnie z łóżka. Jestem totalnie nieprzytomny, nic dziwnego, skoro zasnąłem o pierwszej. Zgodnie ze swoim zwyczajem, żołądek zamienił się w wijącą się dziko plątaninę jelit i mięśni doprowadzających mnie do mdłości. Zamiast radości i podniecenia, odczuwam paniczny strach. Przecież coś się może nie udać. Jeszcze raz sprawdzam, czy bilet jest na swoim miejscu. Nie, ja rzucam się na swoje biurko i wyrywam szufladę, po czym delikatnie, jakby to było niemowlę, wyciągam bilet i chowam do grubego, pancernego niemal notesu. Notes ląduje w plecaku – tylko po to, żeby być wyciąganym jeszcze pięćset razy. No co? Mógł się wysunąć albo coś, trzeba sprawdzić! Lepiej popaść w ostrą paranoję, niżeli nie wejść na koncert.

Najpierw samochodem znajomej do Opola, potem wsiadamy w pociąg. Od razu zaczynam rozładowywać napięcie, jedząc wszystko, co wziąłem ze sobą na drogę. Rozmawiamy oczywiście tylko i wyłącznie o koncercie, a w naszych wypowiedziach królują zwroty typu „ja bym chciał, żeby zagrał…” lub „jak zagra….to umrę!”. Koła wagonu stukają o spoiwa pomiędzy kolejnymi odcinkami szyn…dum dum….dum dum….dum dum HEJ! Nawet pociąg brzmi jak koncert. Zaczynamy śpiewać kolejne piosenki, rytm wystukując czymkolwiek się da. To niesamowite – nasz żałosny performance jako przedsmak czegoś…czego mój umysł chyba jeszcze nie był w stanie ogarnąć.

Warszawa. Jakie to miasto jest…brzydkie. Ci ludzie. Ja ich nie rozumiem. Dlaczego oni nie tańczą, nie śpiewają na ulicach i nie wielbią imienia swego pana, Marilyna Mansona pod niebiosa??!! Zdawało się, że nikt nie rozumie naszej radości. Czułem się osamotniony, nawet jednego fana, do którego można by się uśmiechnąć i krzyknąć „ave!”. Ale przeciez była dopiero dziewiąta rano. Potem się zaczęło. Kolejne ekipy – wymalowane, wydzierane, cudownie uczesane i ubrane grupy ludzi myslących i czujących to samo, co ja. Radość. Podniecenie. Zaczynam czuć się jak w filmie, w którym część społeczności opanowana była przez obcych i wymieniała pomiędzy sobą porozumiewawcze, budzące trwogę spojrzenia. Ja jestem jednym z tych zainfekowanych i to jest piękne. Pomimo planów dotarcia pod Torwar o osiemnastej, mój rozregulowany do granic żołądek rozkazuje mi jechać tam już o trzeciej. Nie protestuję. Pod groźbą pozostawienia ich samych w środku miasta, zabieram dziewczyny z lodowiska pod pałacem i jadę tam, gdzie wszyscy piękni ludzie dziś jadą.

Pod Torwarem niewielka grupa fanów. Może ze dwie, trzy setki. Nie to jednak przykuwa moją uwagę. Rozglądam się dookoła i już wiem, jak czuli się moi rodzice w stanie wojennym. Takiej ilości policji w jednym miejscu to w życiu nie widziałem. Radość każe mi to zignorować i podejść bliżej. Ze strachu przed Odyssey’owskim regulaminem, zostawiam glany w samochodzie ojca(był akurat w Warszawie) i idę na koncert… w trampkach. Nieśmiało podchodzę do czekającej pod halą grupy ludzi i w tym momencie wiem już jedno. Jestem tu z nimi, stanowimy jedność, czujemy wszyscy to samo – nieopisaną radość i jednocześnie niepokój, mający ustąpić miejsca rozkoszy, ale dopiero po zgaszeniu świateł. Powoli pojawia się coraz więcej ludzi, każdy na swój sposób okazujący swoją przynależność do rodziny. Niektórzy wyglądają niemal jak Manson, niektórzy wyglądają, jakby właśnie wyszli z kościoła – jedyne co ich wyróżnia, mała blaszka z logo MM, lub koszulka ukryta jeszcze pod kurtką. Nawet jeżeli ktoś nie zgolił dzisiaj głowy, nie pomalował sobie twarzy i nie przygotował niesamowitej kreacji, w sercu ma dokładnie to samo co najdoskonalsza kopia naszego Mańka. To jest piękne. Nie mogę oderwać od nich oczu i po prostu nie mogę przestać uśmiechać się do wszystkich naokoło. Wreszcie, gdy pod halą zbiera się całkiem pokaźny tłum, powoli rozpoczyna się otwieranie wejść...

Posuwam się do przodu, razem z tysiącem zmęczonych, ale podnieconych i pełnych natchnienia ludzi, w kierunku wejścia. Ochroniarz dość zaborczo przesuwa dłonie po moim ciele, delikatnie muskając genitalia i zupełnie nie zwracając uwagi na dolną część nóg, którym to miejscu ukryłem ogień. Gdy wreszcie oddaję kurtkę do totalnie niezorganizowanej szatni i wchodzę na płytę Torwaru, cała prawda wreszcie do mnie dociera. Już nic nie przeszkodzi mi w przeżyciu tego, po co przybyłem do tego miasta i tego, na co czekałem przez ostatnie miesiące. Wszystkie bezsenne noce, niemalże śmierć towarzyska i konflikty z rodzicami zostaną wynagrodzone i to z nawiązką.

Podbiegłem pod samą scenę, jakby ktoś miał ją zaraz ukraść i dopiero po uściśnięciu barierki, jak w jakimś powitalnym geście, siadam spokojnie na parkiecie. Jeszcze nie wiem, że czekają mnie długie godziny czekania, irytacji, inhalacji dymem papierosowym i oparami palonej wszędzie wkoło trawki. Ja staję się zadziwiająco spokojny. Po przeskakaniu pierwszych kilku utworów Disturbed, cofam się nieco, by w spokoju poczekać na Niego. Gdy po dłuższej przerwie między utworami nagle rozbrzmiewają dźwięki „Sweet Dreams”, serce bije mi mocniej, a tłum, ja z nim oczywiście, zaczyna krzyczeć! Szaleństwo. Niestety, to tylko żart zespołu supportującego, na Mańka będziemy musieli jeszcze długo czekać. I czekamy. Minuty dłużą się jak godziny. Niecierpliwie rozglądam się wokoło, modląc się w duchu, aby światła znowu zgasły. Wtedy koleżanka zadaje mi z pozoru proste pytanie, które nieoczekiwanie rozsadza mi mózg i rozsmarowuje go po twarzach ludzi, w rytm bijącego resztkami sił serca. „Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co za chwilę się stanie?” Te słowa brzmią jak dynamit, serce zaczyna mi bić jak oszalałe, nagle dociera do mnie, że za parę minut, może za jedną, na scenę wejdzie Marilyn Manson i zaśpiewa dla mnie wszystkie moje najukochańsze utwory, pozwalając mi stać się częścią jego fenomenu. Gdy już mam się odezwać gasną światła…potem to już legenda.

Łzy, śmiech, krzyk i łkanie, wszystko to na przemian w szaleńczym Danse Macabre, który odbiera mi duszę. Hymn Nieodpowiedzialnej Nienawiści doprowadza mnie do spazmów, kolejne piosenki, zamiast uspokoić, pogarszają sytuację. Zaczynam histerycznie płakać, łapać powietrze, którego nagle mi brakuje. Robi mi się ciemno przed oczami, po plecach przechodzą mi dreszcze. Nagle rozbrzmiewają dźwięki tak dobrze mi znane, niemal widzę je przed oczami, ten Wspaniały, Wielki i Biały Świat eksploduje i zapada się już nie w mojej głowie, ale w rzeczywistości. Nie ma już świata. Jesteśmy tylko my – dzieci które zaprzeczają swemu istnieniu i dla których ten świat już dawno stracił swoją wartość. Śpiewamy wspólnie każde słowo wspaniałych, lecz smutnych pieśni żałobnych na pogrzebie ludzkości, na pogrzebie idei, które miały nas łączyć za życia, lecz zrobiły to dopiero po śmierci. Dopiero teraz rozumiemy, dopiero teraz każde słowo nabiera znaczenia. Nagle jeden wers, jeden refren zaczyna nieść ze sobą więcej treści, niż wszystkie albumy muzyczne świata razem wzięte. Śpiewam. Płaczę. Przytulam nie znanych mi ludzi, czując się jakbym przytulał ukochaną od lat osobę. Tracę poczucie czasu, tracę poczucie rzeczywistości, odpływam…

Epilog: Ten jeden, jedyny raz.

Do dzisiaj nie wiem, co się wtedy ze mną stało. Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, nigdy więcej nie poczułem się tak dobrze. Narkotyki, seks, alkohol – pomimo wielu nowych doświadczeń uważam, że nie byłyby w stanie zastąpić tego uczucia. Ten jeden dzień ukształtował kawałek mojej duszy, zmienił we mnie coś, co przedtem wydawało się być nie do uratowania. Wiara. Jakkolwiek pojmowana. Jest jej we mnie więcej, o wiele więcej. Wziąłem wtedy dział w czymś, co niesamowicie mnie zmieniło. Chciałbym napisać „nas”, ale myślę, że to od was zależy, jak odebraliście ten koncert i jak odebraliście moje słowa.

Jakiś czas później byłem na drugim w Polsce koncercie Marilyn Manson. Było cudownie, ale niestety – nowy show przegrał ze wspomnieniami. Nie mógł wygrać. Pierwszy raz jest tylko jeden.