Manson Arena
Manson Arena

Mam po tym koncercie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony był to niewątpliwie dobry, momentami znakomity występ. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że Mr. Manson trochę zlekceważył polskich fanów. No bo jak wytłumaczyć fakt, że przerwa między występami supportu (przyzwoita grupa Wrinkled Fred, ale dlaczego grała tylko 20 minut?!) i gwiazdy wieczoru trwała blisko godzinę? Dlaczego koncert MM trwał zaledwie 70 minut? Nie da się ukryć, że w tym czasie na scenie działo się bardzo dużo, zarówno w warstwie muzycznej, jak i, hm, choreograficznej, ale nie tylko ja wychodziłem z imprezy zawiedziony długością trwania 'show'...

No, ale zostawmy narzekania i skupmy się na przyjemniejszych aspektach imprezy. Zwracam uwagę na znakomicie dobrany repertuar. Początek koncertu to prawdziwy huragan mocnych dźwięków. Zaczęli od "This Is The New Shit", potem usłyszeliśmy "Disposable Teens" i "Irresponsible Hate Anthem". Gdy chwilę później rozległy się pierwsze dźwięki "Tainted Love" publiczność była już w amoku. Marilyn Manson nie kombinowali z repertuarem, zdając sobie sprawę, że fanów do zabawy porwą najbardziej znane utwory wymieszane z numerami z nowej płyty. Dlatego też nie nikogo chyba nie zdziwiła obecność w repertuarze takich klasyków jak: "Dope Show", "Sweet Dreams (Are Made Of This)", "Rock Is Dead", "The Beautiful People" czy "Great Big White World". Z nowej płyty nie mogło zabraknąć "mOBSCENE", "Use Your Fist And Not Your Mouth", "The Golden Age Of Grotesque", "Para-noir" i "Doll-Dagga Buzz-Buzz Ziggety-Zag". Nowe kompozycje zabrzmiały jeszcze potężniej niż na płycie, wykonane zostały z niesamowitą pasją i wściekłością, a "Para-noir" przedstawione zostało w tak demonicznej wersji, że po plecach przechodziły ciarki.

Marilyn Manson Poznań Arena

Na słowa pochwały zasługuje wyjątkowa oprawa świetlna koncertu, ciekawa choreografia oraz występ dwóch skąpo ubranych statystek, które tańczyły ze sobą ("mOBSCENE"), udawały, że grają razem na pianinie ("The Golden Age Of Grotesque") i stojąc na podeście umieszczonym na tyłach sceny biły w dwa duże bębny ("Disposable Teens", "Rock Is Dead"). W kończącym koncert "Sweet Dreams" dziewczyny zaprezentowały 'show' ociekający wyuzdanym erotyzmem, ocierający się momentami o pornografię...
Obecność na tym koncercie nie była stratą czasu, choć jeszcze raz powtórzę - pozostał niedosyt, że trwał on tak krótko.
Zespół jest bowiem w znakomitej formie, a fani (jakieś 2,5 tysiąca osób) także mieli ochotę na dalszą zabawę...

Autor recenzji - www.cgm.pl - Grzegorz Szklarek