Przyznam się od razu, wiedząc jak bardzo kontrowersyjnym artystą jest Marilyn Manson i jak bardzo zaściankowe w obronie, hmm... tradycyjnie pojętych, jedynie słusznych wartości, potrafi być polskie społeczeństwo, nieco się zdziwiłam już na jakiś czas przed koncertem. Zaskoczyłam się- bowiem w tym roku obyło się bez prawie narodowej debaty na temat słuszności występu tego artysty w naszym pięknym kraju, ale przypisuje to raczej okołoreferendalnym emocjom niż wzrostowi tolerancji naszego społeczeństwa. No a druga sprawa, że ciężko byłoby się doczepić prawie kabaretowego imidżu Mansona, kiedy muzyk nie jest już tak dosłowny jak przy okazji wcześniejszych wcieleń... Obyło się bez skandali, czyli zrezygnowano z poniekąd promocyjnej akcji, polegającej na opluwaniu artysty, nikt już się nie emocjonował tym faktem ani na kościelnych ambonach, ani w telewizyjnych studiach, (chociaż owszem, Ogólnopolski Komitet Obrony Przed Sektami zrobił co doń należało i ostrzegał przed tym wydarzeniem). Zresztą tak samo było podczas koncert- obyło się bez kontrowersyjnych scen, nie polała się krew, ani sztuczna ani prawdziwa, żadnemu kurczakowi nie stała się krzywda, artysta grzecznie pojawił się na scenie, zrobił swoje i zniknął. Po obejrzeniu tego show, nasunęło mi się skojarzenie z nowy Matrixem, sugestywny obraz, ze znakomitymi efektami specjalnymi, których przecież i tak należało się spodziewać, ale w sumie nieco nużący, a filmu nie ratowało nawet pokazanie gołej pupy Keanu Reeveasa. Podobnie było z tym koncertem, bardzo sugestywne, znakomite przedstawienie, ale czegoś tutaj zabrakło... No i jeszcze Manson, w odróżnieniu od Neo, nie pokazał nawet podwiązki, o gorących pośladkach nie wspominając. Ale zacznijmy od początku... Cały dzień do poznańskiej Areny ściągały tabuny "mansoniątek" z różnych części kraju, wszyscy mniej lub bardziej podobni do swego idola (oczywiście dominowały potargane rajstopki i czarny make up), ale to już nikogo nie dziwiło. Co więcej, na koncert ściągnęło sporo osób, które zrywy młodzieńczego buntu, mają już dawno za sobą. W końcu na scenie pojawili się chłopcy z Wrinkled Fred, którzy muzycznie nie zaprezentowali niczego odkrywczego, to po prostu kolejny zespół, który gra przyzwoicie, ale nic ponadto. Panowie w białych "mundurkach" pograli około 20 minut, racząc zebranych m.in. mocniejszą wersją "La Isly Bonity" Madonny, po czym słuch po nich zaginął. I tak swoja drogą zastanawiam się, jaki jest sens takiego suportu, skoro gwiazda wieczoru każe na siebie czekać godzinę, serwując zebranym non stop Rammstein. W końcu jednak z głośników popłynęły dźwięki rodem z wagnerowskiej opery, które wkrótce przeszły "Theater", przedstawienie się zaczęło! Manson rozpoczął tak jak na nowej płycie, pierwszy numer "This Is The New Shit" i od razu muzyk niczym dyktator zaczął dyrygować publiką (i owszem, skojarzenia z floydowskim Pinkiem są tutaj jak najbardziej na miejscu). Obowiązywał wystrój na modłę faszystowską wymieszany z elementami kabaretu z "mansonowatą" symboliką. Przy "Dispossible Teens" na scenie pojawiły się bębny zarazem z uroczymi bębniarkami, które później jeszcze wielokrotnie pojawiały się na scenie w różnych odsłonach, zazwyczaj jako frywolne tancerki go-go (ich popisowe wygibasy przy np. "mOBSCENE" na pewno podniosły temperaturę wśród męskiej części publiczności). Momenty warte zapamiętania? Na pewno rewelacyjnie wykonane i na pewno przez wszystkich wyczekane "Sweet Dreams" czy "Beautiful People", "Tainded Love" gdzie Manson jako wzorowy gospodarz wieczoru częstował fanów szampanem, "Para Noir" gdzie Warner tym razem jako słodki przedmiot pożądania wzbił się ponad scenę, "The Dope Show" kiedy na głowy zebranych poleciało czerwone konfetti, a Manson przechadzając się z jednego końca sceny na drugi wymachiwał przedłużonymi kończynami górnymi, podśpiewując : "The drugs, they say, are made here, in Poland", albo "Rock Is Dead" z niekontrolowanym wrzaskiem i aplauzem publiki. W jednym z utworów Warner próbował nawet grać na saksofonie, ale na szczęście oszczędził publice dalszych popisów w tym temacie, no cóż, Chojnackim to on nigdy nie będzie... Podsumowując: dobrze przygotowane muzyczne danie, na które głównie złożyły się numery z ostatniej płyty, jednak za szybko zaserwowane, pozostaje więc pewien niedosyt, a nawet pewien niesmak, kiedy zaraz po koncercie zapalone zostają wszystkie światła, a fanów od razu wysyła się do domu.

Autor: METAL HAMMER, Asia Szyra
© Mansonpl

Magazine Title: 
METAL HAMMER